Moje paranoje

Posted: October 9th, 2008 in @, Arte
Tags:
Lijiang at night

Lijiang at night (Photo credit: Wikipedia)

Jest tak cicho, że słychać szum wody oddalonego o ćwierć kilometra potoku. Zdawałoby się, że to uroki życia na wsi, ale nie – łóżko, w którym leżę, znajduje się dokładnie w centrum miasta. Jeśli można wierzyć temu, co wskazuje GPS.

Godzina duchów wybiła prawie trzy lata temu. Przynajmniej z mojej perspektywy. Każde sześćdziesiąt minut wlecze się jak rok. Za oknem, w świetle ulicznej lampy, błyszczą cekiny na przykrótkich kieckach prostytutek – nakrapiają iskrami mokry asfalt. To by było na tyle. Statyczny obraz zadupia, które plasuje się gdzieś w pierwszej dziesiątce największych miast tego państwa. Nie dzieje się nic. Jedyna rozrywka śpi obok, a ja nie mam najmniejszej ochoty z niej korzystać.

Zaczynam rozumieć te internetowe logi. Sorry… Blogi! Log, to termin znany każdemu w branży IT. Oznacza – w przybliżeniu – sprawozdanie z przebiegu całego dnia. Przybliżenie to pomija fakt, że logi są pisane przez maszyny, przez programy nimi sterujące, które wysyłają do pliku informacje o każdym sukcesie, niepowodzeniu, wynikach analiz – swoiste binarne przemyślenia. Tylko, że kiedy granica pomiędzy człowiekiem i maszyną zanika, a do międzyludzkich kontaktów wystarcza odbite na twarzy światło ekranu, wszystkie pojęcia wymagają przedefiniowania. Bo przecież jedna litera zmienia społeczeństwo w e-społeczeństwo. Ludzie piszą logi. Jakby kogoś obchodziły przemyślenia inne, niż binarne.

Nie minęło nawet dziesięć minut. Wszystkie te myśli, których szum zlewa się z zasraną rzeczką, mają proste zadanie – zabić czas. Zlecenie morderstwa nieściganego żadnym prawem. Po cichu skracam więc o głowę każdy ułamek sekundy, a obok leży bezbronna dziewczyna – naga i nieświadoma dokonywanej zbrodni. Och, jakże chciałaby zostać obudzona! Ale nie w taki zwyczajny sposób. Nie. Ta pobudka musiałaby być niebanalna. Ukształtowana w rozdzierający ból straty – coś, czego nie potrafi przeżyć sama.

Dlatego przyjechałem w takim pośpiechu. Zapomniałem miliarda niezbędnych drobiazgów, kilka zostawiłem celowo. Nie mieściły się w pokrowcu na gitarę. A teraz jestem na krańcu świata z flakonikiem drogich perfum i udaję, że mnie nie ma. Chciałaby, żebym był, objął jej młode ciało i siłą wycisnął z niego emocje, których nigdy nie doświadczyła. Wiem, bo o to mnie prosiła. Opowiedziałem jej o Innej. Zazdrość, odrzucenie, smutek, złość – wszystko to, co normalnego człowieka przygniotłoby ciężarem tysiąca ton, na maleńkiej twarzy nie odmalowało zupełnie nic. Nie potrafi płakać. Nawet teraz, kiedy nie został jej nikt.

Nienawidzę siebie. Z grymasem męczennika łatam cudze życiorysy, udzielam rad, do których sam się nie stosuję, naprawiam światy innych. Mój natomiast, dogorywając w stanie ruiny, próbuje udawać zabytek pieprzonej architektury. Niewiele różnię się od tej nieszczęsnej istoty, dla której smutek, szczęście i płacz są tym samym. Ona przynajmniej nie musi udawać. Ma tylko mnie, a ja nie chcę jej mieć. Nie dlatego, że nie ma uczuć – dlatego, że ja je mam. I że jest Inna.

Inna wcale nie chce być. Nazywa mnie błędem, który zdarza się tylko po alkoholu. Powtarza te słowa, jak robot… Ale to normalne – wszyscy jesteśmy robotami. Każdy wyświetla swój komunikat. Oczekiwanie, sukces, błąd, brak zasobów. Dlaczego? Do kogo? Nie ma znaczenia. Międzyludzki imperatyw. Nie wszyscy publikują blogi, nie każda wiadomość jest jasna, ale logika postępowania nie zmieniła się od miliardów lat. Trzymamy przy sobie tylko to, co pozwala nam przetrwać. Tylko tę część społeczeństwa. Wysyłamy w eter niejasny status – czynnik kompatybilności. Innej do przetrwania nie jestem potrzebny. Nie kiedy jest trzeźwa.

W tej biomechanicznej egzystencji porty podczerwieni i podobne narządy, np. mowy, są niedoskonałe. Wyrażają tylko to, co jest w stanie przez nie płynąć bez naruszania protokołu. Gdy ktoś łapie mnie za ramię, powinienem schylić się przed ciosem, czy odwzajemnić dotyk? Wiem tylko, że ktoś mnie trzyma, reszta w protokole się nie mieści. Dlatego wysyłamy swoje niejednoznaczne sygnały w nadmiarowych ilościach – rodzaj zabezpieczenia. Spojrzenie Innej, gdy flirtuję z przelotną samicą może być przypadkowe. Jedno. Drugie. Trzecie… Zmiana obiektu zainteresowania. Za późno. Już jej nie interesuję. Już jestem błędem w komunikacji.

Prawie godzina. Przez moją głowę przepływa około miliarda myśli na sekundę ponad to, co jestem w stanie zapisać. Z dokładnością do jedenastu. Czyli trzech. Binaryzm. Dlaczego w normalnym świecie nic nie prezentuje się tak radykalnie? Biały? Czarny? Żyję? Nie żyję? Proste pytania pozbawione przestrzeni na kreatywne odkrywanie szarości, ale stu na studwudziestu pierdolonych filozofów musi wepchnąć się do polityki ze swoim słodkim pierdzeniem o dupie Marynie i mamy wszystkie odcienie, z których żadnego nie można sprowadzić do skrajnego “tak” lub “nie”. Życie jest proste – chujowe, ale proste. Rozchodzisz się, spotykasz tłum ludzi, których nienawidzisz, garstkę, którą kochasz i każda decyzja, którą podejmujesz jest zła, bo nie żyłeś nigdy wcześniej i nie masz doświadczeń. Dlatego spotykasz zamężną kobietę i myślisz, że jest tą jedyną. Kolejne pięć lat każda jest tą jedyną. Później przez pięć żadna, i kiedy już myślisz, że jesteś wojny od złudzeń, jeb! – nadzieja. Czekać? Nie czekać? Jak długo? Czy warto? Ale już nie ma prostych odpowiedzi, bo zera i jedynki starły się o spektrum doświadczeń.

Przez ostatnie kilkadziesiąt miesięcy na mojej drodze leżała Kłoda, którą – przez wzgląd na zasady – usunąłem stosunkowo niedawno. Nie zawsze była Kłodą. Kiedyś, jako młody krzew, puszczając pędy wrastała w grunt. Z czasem upadła osłabiona kołysaniem z pniaka na pniak. Inna nigdy nie była tak kusząca. Prosta zmiana drogi na rozstaju… Nie. Bo zasady. Więc nadal chodziłem niewygodnie zawaloną ścieżką. Złudne nadzieje, że regularnie podlewane korzenie odrosną. Kłoda nie przestała się kołysać.

Jeszcze kilkanaście minut, zanim przyjdzie sen; kilkadziesiąt, zanim alarm zegarka wydrze ryja jak najwspanialsza sąsiadka. Trylion myśli zgasło, zapłonęło milion więcej. Para piersi, która je pomieści, właśnie się przeciąga. Tańcząca figlarnie poświata Księżyca drobnym meszkiem oszukuje palce… Odnajdują gładką skórę, przyciągają owocowy raj. Zanurzony w zapachu zakazanych pomarańczy wolno wstaje dzień. Nie, nie słucham Daab.

Advertisements

Shout a word!

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s